|
Śniadanie u Tiffaniego, obiad u Cartiera, kolacja u Niessinga,
czyli o biżuterii wczoraj, dziś i jutro.
Rozmowa z dr hab. Sławomirem
Fijałkowskim, pracownikiem łódzkiej ASP, projektantem biżuterii i
współorganizatorem Międzynarodowego Konkursu Sztuki Złotniczej w Legnicy.
Ewa Bromberkowska: Na rozgrzewkę w to mroźne popołudnie chciała bym zadać pytanie nurtujące
mnie już od jakiegoś czasu. Czym tak naprawdę jest biżuteria?
Sławomir Fijałkowski:
Nie ma jednej dobrej odpowiedzi, tak jak nie ma jednej biżuterii. Może być czymś
co aspiruje do miana dzieła sztuki, obiektem oderwanym od funkcji, nieużytkowym.
Może być elementem mody – konfekcją, designem, wzornictwem. Nie ma jednej
definicji, gdyż już nawet funkcja nie określa dokładnie tego, czym jest
biżuteria. Najbardziej stereotypowo - jest to coś, co należy do anatomii, co
nosi się na ciele. W dzisiejszych czasach techniki jubilerskie przestają być
czymś, co definiuje biżuterię. Biżuteria autorska, która chce być sztuką,
niewiele ma wspólnego z klasycznym złotnictwem. Z kolei biżuteria komercyjna w
dalszym ciągu posiada określoną funkcję – jest naszyjnikiem, kolczykiem,
pierścionkiem, itd.
E.B.:
Która z tych dziedzin wydaje się być Panu bliższa – biżuteria komercyjna czy
autorska?
S.F.:
Ja nie próbuję tego mieszać, bo to jest trochę tak, jakby do jednego biegu
wystawiać sprintera z maratończykiem. W każdej dziedzinie sztuki określone są
kategorie i podobnie jest w biżuterii. Jeżeli nie wprowadzi się jakiegoś
dookreślenia, to te pojęcia mogą stać się bardzo mylące. Sam robię biżuterię
autorską i to sobie cenię, ale też pracuję dla bardzo dużej firmy jubilerskiej i
walczę na wolnym rynku. Pomimo tego bardzo mocno staram się oddzielać te rzeczy.
Są twórcy biżuterii autorskiej, którzy nie ukończyli uczelni plastycznych a
zaczęli się zajmować tą biżuterią od strony rzemiosła (to kolejna dziedzina
biżuterii), zaczęli ją robić – najpierw standardową, później zaczęli szukać
swoich dróg, swoich patentów technologicznych, wokół których powstawał
określony styl kojarzony z danym projektantem. Przykładem jest Stowarzyszenie
Twórców Form Złotniczych, które skupia całą masę osób, które trafiły tam od
strony rzemieślniczej, manualnej, wykonawczej. Oni bardzo mocno starają się
mieszać te dwa pojęcia – sztuki i designu. Udają artystów, starają się robić
wielką sztukę, która równocześnie musi się sprzedać – to sprzeczność. Jeżeli
jest się designerem, projektuje się biżuterię produkowaną seryjnie, jest to
zupełnie inny rodzaj biżuterii, odnoszący się bardziej do archetypów.
E.B.:
Chciała bym nawiązać właśnie to owych archetypów. Interesuje mnie bowiem
znaczenie, rola historii biżuterii dla współczesnych projektantów. Czy się nią
interesują, czy jest dla nich źródłem inspiracji i w jakim stopniu?
S.F.:
Jest to skrajnie skomercjalizowana dziedzina sztuki użytkowej. Być może jeszcze
zbyt łatwo się na niej zarabia. Jest taka organizacja – Stowarzyszenie
Historyków Sztuki przy Uniwersytecie Toruńskim. Odbywają się tam sesje naukowe,
które co dwa lata dotyczą biżuterii. Ja wygłosiłem tam wykład pt. ”Wzornictwo
polskiej biżuterii, czyli krótka historia czegoś, co nie istnieje” i jeżeli to
może być odpowiedź na taką ciągłość historyczną, to niech będzie. Po prostu
osoby, które zajmują się biżuterią artystyczną raczej inspirują się nawzajem i w
tej chwili prowadzą już takie małe firmy produkcyjne. Tak naprawdę, to rynek
narzuca określone rozwiązania. One oczywiście mają swoją kontynuację w tradycji,
ale przypuszczam, że z punktu widzenia autorów, gdyby to ich pani o to spytała,
była by pani rozczarowana. Historyk sztuki stosując jakąś retrospekcję i
porównania, doszukałby się dużo analogii historycznych w tych współczesnych
wyrobach. Zasady biżuterii od tysięcy lat się nie zmieniły, więc chociażby przez
to zachowana jest jakaś ciągłość historyczna. Natomiast czy ktoś świadomie z
niej korzysta, to ryzykowna teza.
E.B.:
Czy tutaj, na ASP prowadzi się zajęcia z
historii biżuterii?
S.F.: Katedra powstała rok temu, bo wcześniej była to pracownia przy katedrze
ubioru. Prowadzono zajęcia z historii ubioru z elementami biżuterii. Natomiast
od co najmniej kilku lat, chyba sześciu czy siedmiu, istnieje licencjat i tu
jest taki przedmiot jak historia biżuterii, który prowadzę. Co prawda punkt
ciężkości przesunąłem na biżuterię współczesną, ale jest to wynikiem ograniczeń
czasowych. W perspektywie najbliższego czasu najprawdopodobniej taki przedmiot
zostanie wprowadzony do planu zajęć reszty studentów.
E.B.: A czy Ci, którzy takie zainteresowanie przeszłością wykazują, skłaniają
się bardziej ku formom geometrycznym czy figuracji?
S.F.:
Biżuteria jako osobna dziedzina sztuki wywalczyła sobie prawo istnienia w latach
50. a tak naprawdę 60. XX wieku. Wtedy pojawiły się galerie, fachowe czasopisma
i gdyby do tego odnieść tradycję biżuterii designerskiej, to miała ona swój
początek w zaprzeczeniu bogatej ornamentyki, czyli w nurcie geometrycznym,
wyczyszczonym, wypranym z jakichkolwiek dekoracji. To jest początek, który
periodycznie wyrasta w późniejszych pracach autorskich, w których akcentowana
jest przede wszystkim konstrukcja.
E.B.:
Nawiązując do tematu Pana pracy
magisterskiej - jak przedstawia się związek między malarstwem a złotnictwem? Czy
są to raczej związki oparte na wartościach formalnych czy też założeniach
ideologicznych?
S.F.:
W malarstwie, czy nawet bardziej w rzeźbie. Dotyczyło to form trójwymiarowych,
ale malarstwa oczywiście też. Były takie dekady w sztuce XX wieku, jak np.
pop-art czy nowy realizm w Europie, gdzie ten związek był bardzo ścisły. Byli
wręcz artyści sztuk plastycznych, którzy próbowali biżuterię robić i odwrotnie –
byli złotnicy, którzy próbowali swoich sił w sztuce nieużytkowej. Ale były też
momenty, kiedy następował wyraźny rozdźwięk i z reguły biżuteria znajdowała się
kilka czy kilkanaście lat w tyle w porównaniu np. z rzeźbą. Ale nurty takie, jak
body art miały swoją kontynuację w działaniach artystów złotników. Pojawił się
kolor, tworzywa sztuczne, które miały przełożenie na tą stylistykę ogólnie
designu. W USA ciągle istnieje taki nurt w biżuterii, który nawiązuje do
pop-artu.
E.B.:
Czy artysta malarz byłby dobrym złotnikiem?
S.F.:
To z reguły kończyło się katastrofą. Np. Dali kierował się jedynie motywacją
marketingową w swoich złotniczych kreacjach. Natomiast to wymaga specyfiki
wykonawczej, znajomości technologii na minimalnym choćby poziomie. Już samo to
warunkuje, że nie jest proste bycie złotnikiem czy nawet projektantem. Istotna
jest tu funkcja, a funkcja to konstrukcja, konstrukcja to detal i istotna jest
znajomość właśnie tego detalu.
E.B.: Kiedy dokładnie nastąpił rozłam na
biżuterię artystyczną i komercyjną? I czy te dwa nurty zupełnie nie wykluczają?
S.F.: To dla mnie się wyklucza. Jak się próbuje łączyć sztukę z wzornictwem, to
najczęściej czegoś brakuje – albo sztuki albo wzornictwa. Efekt jest niepewny.
Na pewno zdrowiej jest, przystępując do pracy projektowej, wiedzieć, że
projektuje się kolekcję dla kogoś, odnoszącą się do określonych uwarunkowań. Co
innego, jeśli się robi biżuterię na wystawę, tak jak się robi inne rzeczy –
instalacje, rzeźby, malarstwo. Tam już ten czynnik komercyjny w zasadzie nie
istnieje. Jeśli bym miał szukać takiego rozdźwięku, to chyba nastąpił on w
latach 60. kiedy artyści złotnicy zaistnieli jako artyści złotnicy, kiedy nurt
biżuterii artystycznej skoncentrował się na poszukiwaniach formalnych
zaprzeczających nawet samej funkcji.
E.B.:
Który artysta złotnik według Pana jest
numerem jeden w dzisiejszym świecie biżuterii artystycznej?
S.F.: Ja współorganizuję taki konkurs biżuterii w Legnicy. To jest, do
niedawna, jedyna instytucja, gdzie prezentuje się biżuterię nie komercyjną i nie
traktuje jej jako produktu. Od jakiegoś czasu udało się zorganizować tą imprezę
a poziomie międzynarodowym, w którym jako jurorzy biorą udział sławni europejscy
projektanci. W zeszłym roku udało nam się zaprosić artystę, którego najbardziej
cenię. Nazywa się Otto Künzli, jest z pochodzenia Szwajcarem, od wielu lat
profesorem złotnictwa w Akademii Monahijskiej – najbardziej progresywnej szkole
zajmującej się złotnictwem na poziomie akademickim. Künzli na początku lat 80.
wprowadził do złotnictwa taki termin, jak konceptualizm. Tworzy realizacje,
które dają do myślenia a’popos funkcji, oczekiwań czym jest biżuteria.
Najczęściej kojarzy się ją z demonstracją jakiejś hierarchii, prestiżu,
natomiast on stworzył szereg prac, które dość brutalnie rozprawiają się z takim
stereotypem. Biżuteria taka jest bardziej komunikatywna niż obraz, który może
sobie wisieć na ścianie i nikt go nie zauważy. Ona potrafi pojawiać się w
najbardziej nieoczekiwanych miejscach i wybijać „przechodniów” z rytmu
codzienności, stać się nie tylko biżuterią, ale środkiem komunikacji.
E.B.:
Jak według Pana powinien wyglądać
profesjonalny opis biżuterii? Czy powinien bazować na metodzie stosowanej przez
historyków sztuki, np. Panofskyego czy Wölfflina? Jak ważny jest tutaj opis
technologiczny?
S.F.: Znowu musielibyśmy zacząć od rozebrania
ogólnego pojęcia biżuteria na poszczególne kawałki. Z punktu widzenia
antykwarycznego czy historyka sztuki ten opis musi być o wiele bardziej
precyzyjny czy rzeczoznawczy niż opis biżuterii współczesnej, gdzie tak naprawdę
trudno jednoznacznie określić nawet technikę wykonania. Na pewno należy wymienić
nazwisko autora, bo to jest obsesja tej autorskiej biżuterii, funkcję,
podstawowe materiały oraz, co ważne w przypadku reprodukcji, orientacyjne
wymiary i oczywiście rok wykonania. To tak naprawdę są podstawowe informacje,
które dotyczą biżuterii autorskiej. Natomiast gdybyśmy wzięli biżuterię
chociażby z aukcji –tam każdy kamień, każda technika, każda zawartość stopu jest
opisana osobno. O jednym obiekcie można napisać całą ekspertyzę.
E.B.:
Jak powinno się pokazywać biżuterię na
wystawach – na manekinach, modelkach, czy w gablotach? Czy obok wyrobu należy
prezentować także poprzedzające go projekty i szkice?
S.F.:
Pewnie najlepiej było by tak, żeby można ją było wziąć do ręki – przymierzyć,
dotknąć, a nie tak jak korona w londyńskim Tower, przy której nie wolno nawet
przystanąć. Biżuteria sezonowa nie istnieje bez ubioru i najbardziej adekwatnym
sposobem jej prezentowania jest pokaz, pod warunkiem, że nie odbywa się on tak,
że obserwatorzy siedzą w ostatnim rzędzie i ledwo widzą modelkę. Z kolei witryna
ma tą wadę, że nie można zobaczyć prezentowanej w niej biżuterii w trzech
wymiarach. Najczęściej jednak na wystawach są to właśnie witryny z tej racji, że
są to kosztowne obiekty, muszą mieć oświetlenie punktowe. Jest to niestety
najbardziej martwy sposób prezentacji, gdyż nie oddaje wielu aspektów
prezentowanych obiektów. Projekt natomiast, to sprawa robocza, przejściowa. Na
konkurs organizowanym podczas targów Amberif projektanci mieli przysyłać plansze
z projektami, następnie jury wybierało najlepsze, które miały zostać nadesłane
już jako gotowe obiekty. Okazało się, że te realizacje nijak się miały do danych
projektów i gdyby to one miały być podstawą oceny, skład finałowy byłby zupełnie
inny. Projekt jest zapisem jakiejś idei, ale kiedy przychodzi jubiler i robi z
niego prototyp, który trafia do produkcji, to po drodze pojawia się tyle
konieczności pracy nad tym projektem, że staje się on tylko wstępnym szkicem.
Być może dla odbiorcy to może być ciekawe, lecz musi on być na tyle dociekliwy,
by chcieć to prześledzić. Odbiorcy biżuterii nie są tak dociekliwi, bo do ręki
dostaje gotowy produkt i nie interesują go jego początki a głównie cena. Jeżeli
natomiast chodzi o starą szkołę biżuterii, kiedy opłacało się wytwarzać wyroby
ręcznie, to tam projekt był bardzo istotny, nawet od strony rysunkowej.
E.B.:
Na sam koniec pytanie z dziedziny postmodernistycznej – czy wzornictwo
może jeszcze czymś zaszokować? Czy znajduje się w podobnej sytuacji jak
dzisiejsze malarstwo?
S.F.:
Na nikim to już nie robi wrażenia. Nawet u nas na studiach robi się takie
ćwiczenia, gdzie zaprzecza się funkcji biżuterii, próbuje się od razu działać na
sylwetce. Lata 60. 70. były czasem takich radykalnych wystąpień, kiedy
wystarczyło sobie wszczepić kawałek metalu pod skórę i było to już coś
szokującego. Teraz jeżeli wejdzie się na stronę internetową dotyczącą takiego
nurtu jak body modification (to taki ekstremalny pircing) to tam pokazana jest
rzeźnia nie z tej ziemi- krew się leje i jest to coś bardzo szokującego dla
kogoś o słabych nerwach. Dotyczy to również sztuki – ta ekscytacja w działaniach
ekstremalnych, obliczonych na efekciarstwo już chyba się skończyła. W tej chwili
mass media nakręcają spiralę ekscentrycznych działań i chyba już w sztuce nie ma
na to miejsca. Może miejsce jest, ale nie sądzę, żeby to było coś inspirującego.
E.B.:
W jakim kierunki ma podążać teraz biżuteria? Pokuśmy się o stworzenie
swoistej „prognozy pogody” dla zjawisk biżuteryjnych.
S.F.:
Już nawet twórcy radykalni pogodzili się z
tym, że zaczyna się wracać do źródeł, nie w sposób odtwórczy. Japoński design
przebojem zdobywa wszystkie galerie Europy. To wywodzi się z tradycji kultury
materiału – origami, innego kształtowania formy. Jest to coś bardzo
estetycznego, użytkowego, powracają szlachetne materiały. Historia zatoczyła
koło, ale wraca w formie wypracowanej – nie jest to prosty powrót do dawnych
form, ale w oparciu o tradycję biżuterii ponowoczesnej zaczyna kształtować się
nowy język.
E.B.:
Czyli można powiedzieć – eklektyzm złotniczy?
S.F.: Pewnie tak, ale nie w znaczeniu historycznym. Ciężko jest określić taki
jeden nurt. Wraca się do archetypów, ale
interpretuje się to na nowo. Jest też miejsce na poczucie humoru. Formy się nie
zmieniają, ale podejście eksperymentatorskie sugeruje reinterpretację tradycji
nowoczesnej. Nie ma już dawnego zaprzeczenia funkcji – szuka się nowej,
współczesnej funkcji dla przedmiotów złotniczych. Wnioski z epoki rewolucyjnego
i anarchistycznego zakwestionowania tych kanonów zostały wyciągnięte i szuka się
nowych rozwiązań.
Rozmawiała:
Ewa
Bromberkowska.
dalej>>>
|